Auckland to największe miasto Nowej Zelandii liczące sobie ponad 1,5 mln mieszkańców i nie bez powodu Auckland nazywane jest The City of Sails (Miasto Żagli). To miasto o największej liczbie łodzi w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca na świecie.

Auckland

Auckland to największe miasto kraju liczące sobie ponad 1,5 mln mieszkańców, co stanowi ponad 1/3 mieszkańców całego kraju. Nie bez powodu Auckland nazywane jest The City of Sails (Miasto Żagli). To miasto o największej liczbie łodzi w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca na świecie. Żeglowaniu sprzyja nie tylko położenie miasta oraz zamiłowanie Nowozelandczyków do żeglowania. Jest jeszcze coś jeszcze. WIATR. Wiatr jest czymś do czego po prostu trzeba przywyknąć. Wieje, wieje albo słabo albo mocno albo bardzo mocno, ale wieje. W uszach będziemy słyszeć świst wiatru praktycznie zawsze i wszędzie. I bardzo dobrze!

Niech nie zwiedzie nas temperatura, która wydaje się być niewysoka w porównaniu np. z Australijskim Sydney. Kiedy tam termometry osiągają 40-stą kreskę w Auckland cieszymy się 24-tą. Ale to tylko pozory ‘chłodu’ Wystarczy, że od wiejącego stale wiatru osłoni nas budynek i już wiemy, czym jest nowozelandzkie słońce. Tutaj nawet jesienią przy temperaturze 18-19 stopni i pełnym zachmurzeniu w przeciągu pół godziny będziemy poparzeni przez słońce. Dlatego zawsze ale to zawsze używamy kremów z filtrem i nie używamy mniej niż 50. Kropka. Kliniki leczenia raka skóry znajdują się praktycznie wszędzie i nie bez powodu. Na pierwszy rzut oka miasto wydaje się ogromne. I jest to poniekąd prawda. Jednakże większość atrakcji miasta znajduje się w centrum, które możemy zwiedzić piechotą i myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Centrum 

Zwiedzanie najlepiej rozpocząć w centrum, czyli Britomart. Za nami Budynek dworca kolejowego, co ciekawe jeszcze w drugiej połowie XIX w tereny te były częścią płytkiej zatoki zalanej wodą. Kierując się na południe dotrzemy do głównej arterii miasta Queen Street. Pełnej sklepów, kafejek i restauracji. Nieco bardziej na południe przy skrzyżowaniu Hobson Str i Viktoria Street odnajdziemy Sky Tower, nieodłączną wizytówkę miasta. Na szczycie wieży znajduje się platformy widokowe (bilety do nabycia na parterze obiektu) oraz ruchoma restauracja. Widoki zapierają dech w piersiach, podobnie jak ceny.

Galeria

Idę powoli nie do końca dochodząc do siebie po niedawnym locie, każdy zmysł, oprócz wzroku, daje do zrozumienia, że jest środek nocy, w środku zimy. Mijam tłum ludzi ze wszystkich zakątków świata, na chodniku starszy mężczyzna w wietnamskim kapeluszu gra jakąś smutną muzykę, tuż przy budce z jedzeniem Hindus nerwowo gestykuluąc rozmawia  przez telefon. Czując, gorące słońce chowam się na chwile pod sklepową markizą. To bar sushi z niezliczoną ilością kompozycji. Sałatka krabowa za 5$ proszę bardzo, sporych rozmiarów tacka z sushi wraz z  kurczakiem teriyaki za 10$, uśmiechnięta Japonka pyta czy przyjechałem do Auckland na dłużej.



Idę dalej gdy nagle mój wzrok przykuwa brama w wiktoriańskiej kamienicy a w zasadzie dochodzące z niej zapachy. Przez bramę w obu kierunkach przelewa się tłum ludzi. Postanawiam sprawdzić. pięknie zdobiona klatka schodowa prowadzi mnie na pierwszy poziom budynku, wchodzę w wąski korytarz i moim oczom ukazuje się cały poziom budynku wypełniony kramami z jedzeniem, niemal z całego świata.

Ktoś biegnie z gorącym ceramicznym naczyniem trzymanym na głowie głośno krzycząc coś w niezrozumiałym języku. Spod ciężkiej ceramicznej pokrywko buchają kłęby aromatycznej pary. Tuż obok ktoś zaprasza na malezyjską ostrą zupę. Informacje w języku angielskim wydają się być tutaj przypadkowym dodatkiem. Chiński, Japoński, Koreański, Tajski, Hinduski, Indonezyjski, Maori i tak by można wymieniać długo, wszystko to wraz z kolorami, zapachami, odgłosami sprawia wrażenie nierealności. Czuję się trochę jak w scenie z targiem w Łowcy Andoridów.

Rozglądam się nerwowo próbując skupić na czymś wzrok i przez dobrą chwilę nie potrafię. Koreańskie pierogi, libańskie specjały, para buchająca z chińskich wok’ów. Ktoś niesie Komara Chicken z czosnkowym chlebem Naan, przy oknie widzę parę turystów skuszonych zapachami, wyglądają jak by nie byli zdolni do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Sztućce zastygłe w połowie drogi od talerza do ust, oczy wypełnione łzami a przed nimi Rogan Josh. Oni również nie uwierzyli, że ostre danie w wydaniu hinduskim oznacza, że posilamy się mieszanką ognia o przepięknym zapachu, smak przychodzi nieco później kiedy nasz kubki smakowe zaczynają wracać z zaświatów. Danie przypomina się nam również nieco poźniej. Zamawiam Tikka Masala, rozkładam przed sobą mapę i zastanawiam się od czego rozpocząć zwiedzanie miasta.

Mój wzrok przykuwa plaża Piha, leży na zachód od miasta, staram się sprawdzić czy istnieje do niej jakiś dojazd i szybko dociera do mnie, że bez samochodu jestem skazany na porażkę. Dzisiaj postanawiam skupić się na centrum. Przepełniony energią azjatyckich potraw postanawiam rozejrzeć się po okolicy. Miasto położone jest na 48 wygasłych wulkanach. Jeden z nich Rangitoto (co oznacza po Maorysku Krwawe Niebo) widoczny jest praktycznie z każdego zakątka miasta. Pojawił się dosyć niespodziewanie jakieś 600 lat temu wznosząc swój szczyt w obłokach ognia i pary na wysokość 259m nad poziom morza w zatoce Hauraki.

Jak wyglądała by jego ewentualna erupcja możemy zobaczyć w muzeum Auckland War Memorial (Auckland Domain). W muzeum znajdziemy symulator trzęsienia ziemi, spowodowanego wybuchem wulkanu, które będziemy mogli odczuć na własnej skórze. Niektóre ze stożków wulkanicznych widoczne są doskonale ze Sky Tower. Między innymi Mt. Eden. Dzięki takiemu położeniu widoki na zatokę i pozostałą część miasta robię niesamowite wrażenie. Ulice, uliczki, wszystko wznosi się i opada sprawiając, że za każdym rogiem rozpościera się przed nami zupełnie nowa panorama.

Sky Tower

Na końcu ulicy widać skrawek morza mieniący się w ostrym słońcu. Do portu właśnie wpływa kolejny wycieczkowy kolos. W górze słyszę krzyk, unoszę głowę i widzę jak ktoś skacze ze pierścienia Sky Tower. Patrzę jak zamurowany. Okazuje się, że to jedna z wielu atrakcji miasta. Jeżeli ktoś ma problemy ze zbyt niską adrenaliną, a nie do końca wydaje się być pogodzony z myślą wydania kilkuset dolarów na przelot helikopterem na White Island (lub nieco mniej za wycieczkę statkiem), zawsze może skoczyć z kilkuset metrów. Dwie prowadzące liny stabilizują tor spadającej osoby a systemy zabezpieczające wyhamowują delikwenta tuż przed platformą na, którą lądują skoczkowie. White Island oddalona jest o około 50km od nadbrzeża. Jest to aktywny wulkan i możemy przekonać się tam na własnej skórze jak aktywnym geologicznie rejonem jest Nowa Zelandia.

 

 

Kościół św. Patryka

Po prawej stronie dostrzegam kościół. Wygląda tak jak by obrosła go betonowa miejska dżungala. Zapewne kiedyś jego wieża górowała nad otaczającą zabudową dzisiaj chowa się w cieniu potężnej Sky Tower i śródmiejskich drapaczy chmur. To kościół św. Patryka ufundowany przez Koronę w połowie XIXw na miejscu drewnianej kaplicy służącej jako miejsce modlitwy dla ok 400 osobowej grupy osadników Irlandzkich. Zaciekawiony wchodzę do środka.

Przepiękne drewniane sklepienie robi piorunujące wrażenie. Kościół jest bardzo jasny i cichy. Nagle dostrzegam polski akcent. Tuż przy wejściu odnajdujemy płytę ufundowaną przez Polonię a upamiętniającą mord polskich oficerów w Katyniu. W Auckland działa prężne koło polonijne wydające nawet własną gazetę a na spotkaniach w domu polonijnym możemy skosztować nawet polskiego bigosu!

Powoli zbliżam się do nadbrzeża, codziennie gwarne, ktoś właśnie wyszedł na lunch z pobliskiego biurowca, ktoś inny uprawia jogging, tłum chińskich turystów zaaopatrzonych jak jeden w selfiestick’i próbuje sfotografować wszystko i wszędzie, a przede mną morze o niesamowitym turkusowym odcieniu.

Muzeum Morskie

Nowoczesne apartamentowce nawiązujące swoim kształtem do statku wbijają się w zatokę, tuż po prawej stronie słynny bar krabowy, a w nim klienci zaopatrzeni w obcęgi pałaszują ogromne kraby. Kątem oka dostrzegam Muzeum Morskie  i znajdujący się przed nim jacht, który wydaje się unosić w powietrzu. To pierwszy nowozelandzki jacht KZ1 zbudowany w 1987r z włókna szklanego. Był to ogromny postęp technologiczny i powód do dumy dla całego żeglarskiego narodu.

Jach ten wygrał zawody America’s Cup w 1987 przez kolejne lata pokazując swoją klasę. Muzeum Morskie nie wygląda zbyt okazale z zewnątrz jednak w środku jest ogromne. Znajdziemy tutaj wiele eksponatów związanych z Nową Zelandią, jej historią, powiązaniem z Wielką Brytanią oraz jej korzeniami czyli osiągnięciami szkutniczymi ludów polinezyjskich w tym maoryskich. Eksponaty zaprezentowane są w bardzo ciekawy sposób, ale samo muzeum to nie tylko budynki. W cenie biletu oferowany jest również rejs żaglowcem po zatoce. Należy sprawdzić o której godzinie rozpoczyna się rejs ponieważ przeważnie odbywa się raz dziennie.

Marina

Nawet nie spostrzegłem kiedy mięło południe. Spojrzałem w kierunku słońca, coś jest chyba z nim nie tak, niemal podświadomie spodziewamy się, że będzie ono przemierzać  niebo zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jest to tak oczywiste, że gdy dociera do nas, że słońce porusza się w dokładnie odwrotną stronę jest to dla nas lekki szok. My ludzie półkuli północnej słońce zawsze mamy od strony południowej, w Nowej Zelandii jest dokładnie odwrotnie. Stroną nasłonecznioną jest północ co daje dziwne wrażenie poruszania się  słońca dokładnie odwrotnie niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Przepiękna marina, jedna z wielu, wygląda jak las posadzony na morzu. Setki masztów kołyszących się dostojnie na wietrze sprawia piorunujące wrażenie. Jest ciepło i wieje wiatr, wieje mocno. Czasem trudno usłyszeć gdy ktoś do nas mówi. Wzdłuż morza prowadzi deptak, przy wejściu do mariny zbudowano zwodzoną kładkę dla pieszych.

Wielotonowe stalowe elementy wyglądają bardzo lekko i doskonale komponują się z zatoczką pełną jachtów. Po lewej stornie stoi kontener, a w środku mieści się biblioteka. Są to zbiory zgromadzone przez mieszkańców miasta. Każdy może przysiąść na chwilę i poczytać na jednym z wielu leżaków. Cały ten teren to zrewitalizowana przemysłowa część miasta. Udało się to świetnie, a połączenie nowoczesnej architektury z elementami industrialnymi wygląda rewelacyjnie.

Park Alberta

Czas na wizytę w Parku Alberta. Wracam do centrum, by znaleźć się na Viktoria Street. Ulica biegnie pod górę, a na jej końcu ściana zieleni przywodząca na myśl azjatycką jungle. Potężne drzewa o rozłożystych konarach górują nad wejściem do parku, który położony jest kilka metrów powyżej poziomu ulicy, a między nimi symboliczne słupy zbudowane z wielkich otoczaków. To robi wrażenie! Odwracam głowę i widzę Sky Tower, jej srebrna iglica odbija promienie słońca.

To miasto jest na prawdę piękne. Korony drzew dają nieco ochrony przed palącym słońcem, zadbane ścieżki prowadzą mnie do galerii miejskiej Toi o Tāmaki . Wstęp do galerii jest darmowy, warto zatrzymać się tutaj na chwilę. Nowoczesna architektura w połączeniu z zabytkowym budynkiem robi ogromne wrażenie. Projekt budynku zdobył nagrodę w kategorii budynek roku  na światowym festiwalu Architektury w  w 2013r. w kategorii kultura . Zwiedzeni galerii zajmuje mi około godzinę patrzę na zegarek, tak jeszcze zdążę, odwiedzić Auckland Domain.

Auckland Domain

Park Auckland Domain jest jednym z największych w mieście (75ha) , a przy okazji również najstarszym. Jak przystało na Auckland to teren po ogromnym wulkanie Pukekawa, na którego żyznych zboczach Maorysi uprawiali słodkie ziemniaki Kumara, które nadal są obowiązkowym składnikiem kuchni maoryskiej. W parku znajdziemy przepiękne okazy roślin, a zadbane ścieżki altanki, stawy uprzyjemnią nam jego zwiedzanie. W najwyższym punkcie parku znajdziemy muzeum Auckland War Memorial. Mieści się ono w ciekawym neogreckim budynku oddanym do użytkowania w 1929r.

Ze wzgórza roztacza się widok na Waitemata Harbour a ponad linią drzew dostrzeżemy srebrny czubek wieży Sky Tower. Przed budynkiem znajduje się pomnik upamiętniający ofiary nowozelandzkich żołnierzy podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Zarówno Nowa Zelandia jak i Australia obchodzi uroczyście święto państwowe tzw. ANZAC Day.

Święto powstało aby oddać hołd żołnierzom oby krajów birących udział w bitwie pod Galiipoli, która miała miejsce 25 kwietnia 1915r. Żołnierze należeli do 1. dywizji mieszanej australijsko-nowozelandzkiej złożonej z ochotników i stacjonującej w Egipcie. Grupa ta nazwana została właśnie ANZAC. Obecnie święto upamiętnia wszystkich, którzy stracili życie w obu wojnach.

Budynek muzeum mieści na parterze wspaniałe zbiory sztuki maoryskiej oraz ludów Pacyfiku. Znajdziemy tam między innymi łodzie, w tym łódź wojenną waka taua z 1830r, przedmioty codziennego użytku jak również trzy w całości odtworzone budynki maoryskie w tym Hotunui – dom spodkań Rady Starszych. wybudowany pierwotnie w 1878r. Muzeum mieści również zbiory z zakresu botaniki, entomologii, geologii i biologii morskiej.

Ponadto znajdziemy w nim szkielety dinozaurów oraz rekonstrukcję i szkielety wymarłych ptaków Moa. Na górnych kondygnacjach znajdziemy wystawę poświęconą pierwszej i drugiej wojnie światowej. Muzeum często gości wystawy czasowe ostatnia interaktywna wystawa poświęcona była linią Air New Zealand. Zasiadając w replice samolotu z okularami okulus na oczach mogliśmy odbyć niebywałą podróż w czasie i przestrzeni.Wychodzę z muzeum jest późny wieczór w koronach drzew słychać przedziwny świergot ptaków Tui. To jeden z tych momentów kiedy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w zupełnie innej części świata…. zaraz po tym kiedy przestaną nas dziwić potężne paprocie drzewiaste rosnące prawie na każdym rogu ulicy, palmy wyrastające niewinnie z trawników czy wszechobecne draceny, juki i aloesy.

Sky Tower

Wracam w kierunku centrum, ciągle nie mogę przyzwyczaić się do patrzenia w prawo podczas przechodzenia przez ulicę. Raz po raz ktoś na mnie trąbi. Tak to kraj ruchu lewostronnego. Niezapomniane przeżycie podczas pierwszej styczności z ‘kierownicą po prawej stronie’ i uporczywym włączaniu wycieraczek zamiast kierunkowskazów. Kolejny taki moment to powrót do kraju gdzie po raz kolejny zamiast kierunkowskazu samochód zaczyna machać wycieraczkami. Bezcenne.

Docieram na zachód słońca pod Sky Tower, szybki zakup biletów i już jestem w windzie. Winda ma szklaną podłogę a pięknie oświetlony szyb sprawia, że wrażenie prędkości jest mocno spotęgowane. Taka wycieczka w nadprzestrzeń. Obywatelu jeżeli odczuwasz lęk wysokości nie patrz w dół. Wychodzę na pierwszy poziom. Tak to robi wrażenie. Panoramiczne okna i …. szklana podłoga. Gdzieś w dole kilkaset metrów niżej toczy się normalne życie a tutaj nieco wyżej widoki zapierają dech w piersi.

Galeria

Western Spring Park

Kolejka przyjechała punktualnie, jest późno ale wagon jest praktycznie pełny, usiadłem przy oknie. Kontem oka zauważyłem obrazkową historyjkę tuż przy drzwiach. Lee, nigdy nie trzyma nóg na fotelu przed nim, zdejmij nogi bądź jak Lee. Uśmiecham się pod nosem i patrzę przez okno. Właśnie zaszło słońce. Zaczynam się zastanawiać nad następnym dniem. Może wybrać się do  muzeum techniki? To składające się z dwóch części muzeum połączone kolejką może być nie lada atrakcją nie tylko dla dzieci.

Obok niego ogród zoologiczny , a wszytko to tuż w przepięknym parku Western Springs, który co roku gości nie lada imprezę w Auckland Pasifika Festival (26/26 marca). Tylko tutaj zapoznamy się w jednym miejscu z kulturą polinezyjską od Hawajów po Tonga, posłuchamy pieśni, obejrzymy występy artystyczne, czy też spróbujemy lokalnych specjałów. Nie zabraknie również możliwości spotkania z wodzem czy też zakupu pamiątkowych drobiazgów. Sam nie wiem. A może wycieczka do Mission Bay i zwiedzanie oceanarium?

Mission Bay

Mission Bay jest świetne, kolorowe budynki w stylu Art déco przywodzą na myśl miniaturkę starego Miami. Tuż przy drodze i deptaku świetna publiczna plaża, równo przystrzyżone trawniki. Mam na myśli trawniki na których można wypoczywać, grać, czy po prostu usiąść i zjeść pyszną flagową nowozelandzką ‘fisch&chips’, czyli rybkę z frytkami. Zawsze mnie to zastanawiało jak to jest, że trawniki za granicą służą ludzim, można na nich wypoczywać, grać, bawić się.



Przedziwne, musimy sprowadzić do Polski koniecznie ten rodzaj trawy, bo naszym wszystko szkodzi.  Na środku trawnika  w Mission Bay stoi fontanna, kolorowa tęcza oblewa wszystkich  w okół i bawiące się dzieci i stojących obok rodziców. Niedaleko stoją wyznaczone miejsca do grilowania zaopatrzone w gaz i przeznaczone dla wszystkich mieszkańców. A tuż obok gwarna ulica pełna knajpek, kafejek, restauracji. Miejsce jest świetne.

Tutaj jadłem jedne z lepszych lodów, testowałem eggs benedict – boskie, lub też creamy mushroom. Jadąc dalej na zachód miniemy dzielnicę St. Heliers oraz punkt widokowy zwany Achilles Point, po maorysku Te Pane o Horoiwi, czyli głowa Horowiwi. Nazwa Achilles odnosi się do nowozelandzkiego krążownika lekkiego HMNZS „Achilles”, który stoczył pierwszą bitwę morską II Wojny Światowej z niemieckim krążownikiem Admiral Graf Spee u ujścia rzeki La Plata w Urugwaju. Tyle o nazewnictwie. 

Jeżeli chodzi o widok z tego punktu to dosłownie rozkłada na łopatki. Po lewej stronie widzimy centrum miasta z górującą nad nim Sky Tower, przed nami wulkan Rangitoto oblany turkusowymi wodami zatoki Hauraki a z prawej opadający stromo do morza klif porośnięty bujną roślinnością. W dole kilkanaście metrów pod nami spienione fale rozbijają się na przybrzeżnych skałach. Miejsce to jest prześliczne. Ten rejon miasta jest jednym z droższych. Warto wybrać się na krótki spacer i zobaczyć jak wygląda ta dzielnica. Nowoczesne domy, przystrzyżone trawniki i nieskazitelna zieleń a wszystko to wkomponowane w malownicze morskie widoki.

Ale jest też inna strona Auckland. Bardziej ponura o której się nie mówi. Dzielnice zachodnie i południowe pełne barakodomków, które mogą być szokiem dla Europejczyków. I wprawią w osłupienie nie jednego Amerykanina czy Kanadyjczyka. Boom gospodarczy sprawił, że z całego świata przyjeżdżają ludzie zwabieni pięknem i spokojem tego kraju. Czekają na nich domy bez izolacji, bez ogrzewania, pełne pleśni z bajerami z lat 60-tych. Taki standard jest są raczej normą niż wyjątkiem, a wszystko to w cenach apartamentów w niejednym Europejskim mieście o Stanach nie wspomnę.

Zima w Auckland nie jest długa ale jednak jest. Temperatura spada do 10-15 stopni w ciągu dnia, nocą mogą czasem pojawiać się przymrozki. Temperatura wymarzona? Tak ale na nasze budownictwo. W domu nowozelandzkim z płyt OSB, bez izolacji, mamy dokładnie taką samą temperaturę jaka panuje na zewnątrz. Grube swetry, farelki i gigantyczne rachunki za prąd tak wyglądają 3 miesiące zimy. Latem wentylowane poddasza nagrzewają się do 50-60st a domy ze sklejki zamieniają się w piekarniki. Ale jest wiatr, czasem wieje słabiej, czasem wieje mocniej, czasem bardzo mocno, ale wieje i to sprawia, że w domu bez klimatyzacji latem można jakoś przeżyć. Zimą natomiast wiatr nie pomaga. Są też inne ciemne strony miasta o których nie będę tutaj pisał, są dzielnice, których się nie powinno odwiedzać, są też inne problemy o których się  głośno nie mówi. Jak wszystkie kraje i miasta tak i Auckland ma swoje ciemne oblicze.

Rangitoto

Nadchodzi kolejny dzień. Granatowe niebo, nad miastem w okół gwarna ulica i rosnące w szeregu palmy. Na ukwieconym skwerze nieopodal paprocie drzewiaste kołyszą się delikatnie na wietrze. Słychać krzyk mewy. Siadam w pobliskiej kawiarni i zamawiam flat white, czyli podwójne espresso zalane spienionym mlekiem. Nie wiem na czym polega ten fenomen ale nigdzie na świecie kawa nie smakowała mi lepiej niż w Nowej Zelandii. Odkładam filiżankę i spoglądam na mapę. Mój wzrok przykuwa wulkan Rangitoto. Zerkam na zegarek, jest po 8 rano, powinno się udać, dopijam kawę i biegnę na przystanek kolejowy.

Dopóki jestem w centrum korzystam z linii kolei miejskiej i autobusów. Bardzo wygodnym rozwiązaniem jest tzw. HOP Card. Kartę można nabyć na dworcu Britomart lub zamówić przez internet. Na każdym przystanku kolejowym znajdują się urządzenia w których możemy zakupić bilet bądź też doładować kartę, dzięki czemu oszczędzamy znaczną ilość czasu i nieco pieniędzy. Przejazdy opłacane kartą HOP są tańsze o ok 20% od przejazdów biletowych. Zasada działania karty jest bardzo prosta, na peronie znajdują się specjalne słupki z czytnikami do których zbliżamy naszą kartę przy wejściu na peron oraz przy jego opuszczeniu. W autobusach czytniki znajdują się przeważnie w okolicy drzwi i zasada obowiązuje dokładnie taka sama. Na wejściu i na wyjściu ‘odbijamy kartę’. Co ciekawe, z karty korzystamy również na miejskich.

Warto wybrać się na taką wycieczkę chociażby z powodu widoków. Panorama Auckland z promu płynącego do Davenport robi na prawdę duże wrażenie. Jedynym promem, na którym nie skorzystamy z karty HOP jest prom płynący na wulkan Rangitoto. Rejs ten traktowany jest jak wycieczkowy. Natomiast bez przeszkód dostaniemy się na Waiheke Island, która stanowi część miasta, choć bardziej miejsce to przypomina kurorty wakacyjne. Wszelkie informacje dotyczące przejazdów promami ‘miejskimi’ nadbrzeżu ‘Pier 1 AT Downtown Termina’ obok po lewej na równoległej przystani znajdziemy natomiast przeróżne opcje wycieczkowe.



Po krótkiej przejażdżce na Britomart,  Prom odpływa za niecałą godzinę. Pobliski Countdown rozwiązuje problem zaopatrzenia na wycieczkę w wózku lądują dwie butelki simply squeezed z fejioa i tabliczka czekolady whittaker’s z chili. No tak nie wspominałem jeszcze o fejioa. Pozwólcie tylko, że dotrę na przystań, kupię bilet i rozsiądę się wygodnie w fotelu koniecznie  z widokiem na port.

Prom kołysze się na falach, jego pierwszym przystankiem jest Davenport, skąd zabierani są również turyści pragnący odwiedzić Rangitoto Island właśnie przymierzam się do zrobienia zdjęcia gdy nagle zaczyna padać deszcz. Pogoda w Auckland jest niesamowita. Rano widzimy błękitne niebo i piekące słońce, nagle pojawia się potężna granatowa chmura z której w kwartale pomiędzy dwiema ulicami spada rzęsisty deszcz po czym znika równie szybko jak się pojawiła a nad naszymi głowami ukazuje się niebieskie niebo i prażące słońce. Dokładnie tak wygląda to w tej chwili, Nadbrzeże skąpane w słońcu, mieniąca się srebrna iglica Sky Tower a nade mną wielka granatowa chmura wyglądająca jakby za chwilę miała spaść i przykryć całą sobą zatokę Hauraki, zaczyna wiać wiatr zrywający nielicznym turystą czapki z głów, deszcz pada poziomo. Znikam wewnątrz promu, przechodzę na drugą stronę. Na szczęście Rangitoto skąpana jest w słońcu. Prom kołysze się raz na jedną raz na drugą stronę. Nagle pokłada oblewa słońce. Rozglądam się w okół. Nie wiem czy to zasługa wczesnej godziny, czy pogody ale prom jest praktycznie pusty. Uśmiecham się pod nosem, cała wyspa będzie praktycznie do mojej dyspozycji!

Galeria

Ale wróćmy do Fejioa czyli inaczej Acca sellowiana. Jest to roślina praktycznie nieznana w Polsce, a szkoda. Drzewko zaczyna owocować mniej więcej po 3 latach i obsypując się dziwacznymi owocami.

Roślina pochodzi z wyżyn Ameryki Południowej ale stała się jednym z nieodłącznych elementów diety mieszkańców Nowej Zelandii. Drzewa posiadają grube zimozielone liście. Na wiosnę zakwitają kwiatami przypominające przepiękne czerwone wachlarze wydając przedziwne owoce. Jak dla mnie są one jednymi z najlepszych  jakimi miałem się okazje do tej pory częstować. Owoc smakuje jak skrzyżowanie gruszki z cytryną. Jest bardzo orzeźwiający i smaczny. Natomiast wyciśnięty sok sprawdza się  genialnie podczas upalnego dnia.

Prom dobija do nadbrzeża, wyspa (mapa) nie licząc kilku rybackich chatek, jest praktycznie niezamieszkała. Tuż przy nadbrzeżu możemy znaleźć mały punkt informacji turystycznej i zaopatrzyć się w mapę po wyspie. Wyspa jest niesamowita. Tutaj na własne oczy możemy prześledzić w jaki sposób nagi wulkaniczny stożek w przeciągu 600lat stał się zielonym rajem.

Galeria

O ile ciągle na swojej drodze znajdujemy pozostałości po niszczycielskim wybuchu, a rozrzucone głazy, zbudowane ze stopionej skały, przypominają, że spacerujemy właśnie po szczycie wulkanu, który w geologicznej skali czasu pojawił się na powierzchni dosłownie przed chwilą, o tyle bujna roślinność, śpiew ptaków i wszechogarniająca cisza sprawia, że to miejsce wydaje się być jakimś zapomnianym tajemniczym ogrodem.

Ruszam raźnym krokiem pod górę. Podejście nie jest strome, ale kilkudziesięciominutowy spacer przy wilgotności sięgającej 95% i piekącym słońcu daje się we znaki. Mokre po niedawnej ulewie, porowate kamienie dosłownie parują w lejącym się z nieba żarze. Ścieżka na szczyt prowadzi nas przez środek dziewiczego lasu osłaniając od wiatru. Niestety słońce stojące praktycznie w zenicie zamienia ją w piekarnik a może szybkowar? Tuż przed szczytem wchodzimy w nieco większy las. Po koronami drzew robi się znacznie chłodniej. Jest cicho i zielono, słychać tylko śpiew ptaków. Jednym z bardziej fantazyjnych dźwięków jest odgłos ptaka Tui. To jest na prawdę pełna egzotyka. Dziwne nawoływania czy pokrzykiwania, pozwalają odczuć, że że jesteśmy w prawdziwym buszu.

Ruszam dalej by po 15 minutach dotrzeć na szczyt. Całe nadbrzeże Auckland zniknęło pod ulewnym deszczem, choć pozostałe dzielnice zalane są słońcem. Przede mną rozciąga się widok na stary krater, praktycznie w całości zarośnięty gęstą roślinnością. Na szczycie do dyspozycji mam platformę widokową z której roztacza się całkiem niezły widok na całą zatokę Hauraki. Miasto z pewnością wygląda stąd niesamowicie, niestety nie dzisiaj. Z drugiej strony zawsze lepiej, że leje w centrum a nie nad moją głową!

Od metropolii dzieli nas niespełna 45 minutowa wycieczka promem ale tutaj nie ma to najmniejszego znaczenia jestem tylko ja i przyroda. A w zasadzie byłem, bo wraz z przypłynięciem kolejnego promu nadciągnęła kilkudziesięcioosobowa grupa chińskich turystów ubranych w czerwone przeciwdeszczowe peleryny a las ‘selfisticków’ i błyski flash’y, momentalnie rozwiały klimat bezludnej wyspy. Wybieram jedną z dzikszych ścieżek i schodzę powoli na dół.

Na gałęzi tuż przed ląduje mały ptaszek. Kroczę śmiało przed siebie obserwując jego poczynania. Ptaszek skacze nerwowo z jednego drzewa na drugie przelatując niemal nad moją głową. Przysiada na gałęziach nie raz metr dwa ode mnie kompletnie się nie bojąc a wspaniały wachlarzowaty ogon nieproporcjonalnie duży w stosunku to reszty ciała. Wygląda nieco jak nasz wróbel nieco puszysty z krótkim dziobem.

Fantail – źródło Wikipedia

Ptaszek towarzyszy mi przed dobre 200m siadając nieraz tuż przed moim nosem i przyglądając się z zaciekawieniem. To gatunek zwany Fantail,  po maorysku pīwakawaka a po polsku – Wachlarzówka Posępna, choć jak dla mnie ptaszek wcale nie wydaje się posępny, a wręcz przeciwnie. Rongitoto Island łączy się wąskim przesmykiem z jakże różną Motutapu Island.

Wyspa ta do czasu pojawienia się nowego wulkanu (Rangitoto) zamieszkana była przez Maorysów. Nie potrafię sobie wyobrazić co odczuwali mieszkańcy tej wyspy kiedy nagle tuż obok z głębin morskich zaczął wyłaniać się ziejący ogniem wulkan. W przeciwieństwie do Rangitoto wyspa ta jest jedną z najstarszych w zatocie Hauraki bo liczącą sobie aż 178 milionów lat! Niestety mój czas na wyspie powoli dobiega końca, schodząc zboczami Rangitoto odwiedzam jeszcze po drodze jaskinie wyrzeźbioną przez spływającą lawę i kieruję się powoli w kierunku nadbrzeża. Ostatni prom odpływa dzisiaj o 17 więc muszę się przyspieszyć.

Wsiadam na prom spoglądając na wyspę. Po granatowych chmurach nie ma już śladu. Granatowe niebo rozpościera się na miastem kontrastując z turkusową wodą zatoki. Statek dociera do nadbrzeża. Jest ciepło i…wieje wiatr. Postanawiam przetestować lokalne burgery. W Nowej Zelandii znajdziemy świetną wołowinę i nie mniej świetne burgery. Jedną z lokalnych sieciówek jest Burger Fuel a ich Bastard Burger nie raz ratował mi życie. Jest potężny i pełen…wszystkiego. Oprócz solidnej porcji wołowiny znajdziemy w nim awokado, mango, bekon, cheddar i wiele innych składników. Pewnie zastanawiacie się jak taka kompozycja smakuje. Otóż smakuje bosko.

I tutaj kolejny wynalazek. Aby jedzenie burgera nie zamieniło się w udrękę, dostajemy tekturowe zabezpieczenie, które składamy w formę kieszonki, a raczej dużej kieszeni do której wkładamy burgera. Rozwiązanie piękne w swej prostocie pozwala nam nie zgubić zawartości naszego dania po pierwszych dwóch kęsach. Niedaleko od nadbrzeża znajduje się również inny burgerowy bar, mianowicie Velvet Burger. Tutaj zapoznamy się bliżej z Big Bro, burgerem, z jajkiem sadzonym i buraczkami. Tak buraczkami. Słodkie nowozelandzkie buraczki są boskie. Dodawane są praktycznie do każdego burgera, i dobrze! Buraczki w Nowej Zelandii można odnaleźć w przedziwnych kompozycjach np. jako dżem buraczkowy, który co ciekawe jest na prawdę niezły.

Mt Eden

Po małej bombie kalorycznej udaje się  na kolejny flagowy punkt miasta. Wzgórze Mt Eden. To również stożek wygasłego wulkanu i miejsce na strzelenie bajkowej fotki z widokiem na centrum Auckland. Na Mt Eden najłatwiej dojechać zachodnia linią kolejki miejskiej. Na Britomart wsiadamy do pociągu na peronie 5-tym (wchodząc na dworzec najbardziej z prawej). Pociąg jedzie na kolejny węzeł Newmarket, by ku zdziwieniu turystów ruszyć w przeciwnym kierunku. Na szczęście szybko wyjaśnia się , że pociąg nie wraca z powrotem na Britomart lecz jedzie dalej aż do stacji Swanson. Mijamy stację Grafton i docieramy na Mt. Eden. Czeka nas krótki, mniej więcej 20min spacer. Ulica Mt. Eden przypomina małe westernowe miasteczko. Mniej więcej od skrzyżowania z Ngauruhoe Str, pełna jest barów, restauracji i kawiarni.

Dziewiętnastowieczna zabudowa, markizy, stoliki na zewnątrzy, wszystko to tworzy bajkową wręcz atmosferę rodem z dzikiego zachodu. Niedaleko tej dzielnicy znajduje się Dominion Road, nieoficjalna chińska dzielnica Auckland. Znajdziemy tutaj świetne restauracje, nie tylko Chińskie. Ciekawe są również azjatyckie sklepy, gdzie nawet nie mając zamiaru na zakupy warto wejść choć na chwilę. Towary jakie tam znajdziemy mogą wydać nam się przedziwne, sama gama owoców, robi niesamowite wrażenie, a to dopiero pierwszy regał. Dominion Road nie jest  ulicą reprezentacyjną ale jak najbardziej autentyczna. Znajdziemy tutaj kolejną burgerową przystań. Murder Burger. Lokal nie robi piorunującego wrażenia ani z zewnątrz ani wewnątrz, jednakże burgery ma boskie. Jedne z lepiej przygotowanych w mieście, a burger z dziczyzny powala na kolana.

Idąc spacerem ze stacji Mt Eden, dotrzemy pod samo wzgórze. Tutaj czeka nas mała wspinaczka, którą w pełni wynagrodzą widoki. Zawsze zastanawiam się co sprawia, że kolor zieleni w Auckland jest  niepowtarzalny. Może charakterystyczny lekko żółtawy kolor trawy? W każdym razie krater wygasłego wulkanu pokryty mieniącą się w promieniach słońca zielono-żółtą trawą sprawia nieco surrealistyczne wrażenie, jakby żywcem przeniesiony ze wzgórz  Hobbitonu. Właściwie biorąc pod uwagę, że od Hobbitonu dzieli nas nieco ponad 200km, może nie powinno mnie to dziwić! To miejsce wygląda niesamowicie, a roztaczająca się stąd panorama miasta i zatoki na długo pozostanie w pamięci.



Zbliża się wieczór magia kolorów zachodzącego słońca i bajkowe krajobrazy sprawiają, że siadam na trawie i podziwiam rewię barw w milczeniu. Kolory nieba w Nowej Zalandii to coś co może nas zaskoczyć. Czasami są zwyczajne typowe, prawie domowe, ale czasem potrafią powalić na kolana. Połowa nieba zmieniająca swoją barwę od ciemnego granatu przez fiolet róż do krwistej czerwieni przecięta pasmami mieniących się chmur bywa jak nie z tego świata. Pewnego wieczoru wracając promem z Davenport miałem okazję podziwiać taką rewię barw, która odbijała się w zatoce. To było przeżycie samo w sobie.

Jeżeli chodzi o punkty widokowe to jeden z nich znajduje się właśnie w dzielnicy Davenport, a jest nim wzgórze Mt. Victoria. W dzielnicy tej znajdziemy  najstarszą drewnianą zabudowę w mieście. Warto poświęcić choć chwilę na zejście z utartego szlaku i spacer uliczkami tej dzielnicy. Kunsztownie wykonane drewniane XIX wieczne domy i bujna tropikalna roślinność robią niesamowite wrażenie. Przez chwilę możemy poczuć się jak na Key West na Florydzie. Wzgórze Mt. Victoria góruje nad całą dzielnicą. Po krótkim spacerze dostajemy się na jego szczyt. Panorama na miasto i zatokę jest na prawdę niesamowita. Poniżej prowadząca z portu ulica pełna jest zabytkowych kamienic, barów i restauracji a pobliska plaża sprawi, że poczujemy się tutaj bardziej jak w wakacyjnym kurorcie niż w jednej z dzielnic, największego nowozelandzkiego miasta. Choć to jest chyba największy jego urok. Jak mówią samo mieszkańcy Auckland to ‘małe duże miasto’.

Galeria

Nad Mt. Eden zapada noc. Niebo usłane gwiazdami kompletnie nieznanych konstelacji wydaje się obce. Jedynie nad horyzontem rozpoznaje kształt poczciwego Oriona. Niestety nawet on znajduje się po przedziwnej stronie nieba, stykając się prawie z północnym horyzontem.

Cała reszta nieba to dla mnie nowa księga. Szukam Krzyża Południa. Po krótkiej chwili rozpoznaję jego kształt. Gwiazdozbiór ten znany był Starożytnym, jednakże w wyniku precesji, zniknął za horyzontem Morza Śródziemnego ok 500 r n.e. , by na nowo zostać odkrytym przez europejczyków czasach wielkich odkryć geograficznych. Wizerunek Krzyża Południa znajdziemy również na fladze Nowej Zelandii. W odróżnieniu od flagi Australijskiej nowozelandzka posiada cztery czerwone gwiazdy, gdy ta pierwsza pięć białych. Wracając myślę o przedziwnym kraju na końcu świata  o losach pierwszych mieszkańców,  osadników, emigrantów, o wszystkich tych historiach pisanych  pod  niebem południowych gwiazd.

Ogród Botaniczny

Cóż za piękny poranek! Niebo nieskazitelnie niebieskie wiatr wieje jakby nieco słabiej, sprawdzam prognozy, taki będzie cały tydzień. Chyba pora wypożyczyć samochód i odwiedzić dalsze zakątki miasta. Wypożyczenie samochodu jak większość rzeczy w Nowej Zelandii  jest proste. Spacer po buszu i plaże postanawiam zostawiam na popołudnie, teraz pora rzucić okiem na ogród botaniczny. Znajduje się on w południowej części miasta. Można również dostać się do niego korzystając z kolei miejskiej.

Jeżeli jesteśmy w centrum w pobliżu Britomart wybieramy linię West-South (żółta), będąc natomiast w okolicy Newmarket dojedziemy na miejsce również linią North-Southeast (czerwona). Wysiadamy na stacji Homai bądź też na kolejnym przystanku,  stacji Manurewa. Rozkłady jazdy oraz mapy znajdują się na każdym dworu, możemy je znaleźć również tutaj. Z obu stacji czeka nas ok 25minutowy spacer. Mając do dyspozycji samochód sprawa jest znacznie prostsza. Po prostu dojeżdżamy na miejsce :).

Ogród botaniczny robi duże wrażenie. Ilość tropikalnych roślin i nie tylko zgromadzona w tym miejscu jest na prawdę niesamowita. Możemy spędzić tutaj kilka godzin. Do dyspozycji odwiedzających jest również parkowy ogórek gdzie możemy odnaleźć takie ciekaw roślinki jak jeżyno-malin (boysenberry), wspomnianego już przeze mnie fejioa, persymony, smakujące jak krem owoce Sapote, orzechy makadamii, poczciwe banany, brzoskwinie i wiele innych ciekawych owoców w zależności od pory roku. Jeżeli jesteśmy zainteresowani możemy nabyć jedną z sadzonek do naszego przydomowego ogrodu! Tuż przy wyjściu znajduje się niewielka restauracja gdzie możemy napić się świetnej kawy.

Galeria

Jeżeli nie zdołamy go odwiedzić, nie martwy się. Nowa Zelandia pełna jest zieleni i niesamowitych roślin. Nawet w granicach Auckland znajdziemy niezliczoną ilość możliwości obcowania z naturą i nie piszę tutaj bynajmniej o ślicznych i zadbanych parkach miejskich, ale o prawdziwym buszu i niesamowitych trasach.

Przy ruchliwej ulicy za śmietnikiem rósł…

Od zachodnich granic miasta do wybrzeża ciągną się niesamowite tereny. Na wzgórzach porośniętych buszem znajdziemy paprocie drzewiaste, palmy czy potężne drzewa Kauri. A w mieście, no cóż takiego kwiatuszka znalazłem tuż za śmietnikiem, wystawał nieśmiało i niepozornie, a spacerując ulicami miasta nie raz przystawałem podziwiając niesamowite drzewa i kwiaty. Nowa Zelandia ma to do siebie, że powietrze tutaj jest kryształowo czyste.

Nie znajdziemy tu kurzu, pyłu zanieczyszczeń. Liście roślin lśnią w słońcu tak jakby były wypolerowane. Sprawia to niesamowite wrażenie. Poniżej kilka ciekawych roślinek, które miałem okazję napotkać na swojej drodze. Rozmawiając o roślinach nie można nie wspomnieć o drzewie Pohutukawa (Metrosideros wyniosły), zwanego w Nowej Zelandii drzewem świątecznym. Drzewa te rozkwitają w grudniu okrywając się wspaniałymi czerwonymi kwiatami. A święta Bożego Narodzenia przydają w Nowej Zelandii w okresie letnim. Jest to okres końca roku szkolnego oraz wakacji.

Drzewo Pohutukawa – by Wikipedia

Wjeżdżam na śródmiejską autostradę a następnie udaje się w kierunku dzielnicy Titirangi, mijam bajeczne domki przyklejone do wzgórz bo po chwili zatrzymać się przy Arataki Visitor Center. Miejsce to robi duże wrażenie. Położone w zasadzie w obrębie miasta stanowi bramę do Waitakere Ranges Regional Park, dziewiczego buszu porastającego wzgórza Waitakere. W parku znajdziemy kilka ciekawych szlaków. W zależności od czasu jakim dysponujemy możemy wybrać się na półgodzinny spacerek parogodzinną wycieczkę. Z platformy widokowej roztacza się wspaniały widok na zachodnie nadbrzeże.

West Auckland

Jeżeli planujemy wycieczkę w te rejony storna parków regionalnych będzie dla nas niezastąpionym źródłem informacji. Z Arataki udaję się malowniczą drogę w kierunku plaży Piha. Plaża pokryta jest czarnym piaskiem i robi piorunujące wrażenie podczas zachodu słońca. Plaża ta ze względu na fale odwiedzana jest często przez surferów. Musimy mieć jednak świadomość, że miejsce to słynie z bardzo silnych prądów i licznych przypadków zatonięcia.

Plaża Piha w promieniach zachodzącego słońca. Po prawej stronie Lwia Skała

Jeżeli mamy ochotę na kąpiel zdecydowanie lepszym miejscem będzie wschodnie wybrzeże. Okolicy plaży Piha słóżyły  również za plener dla znanego filmu – Fortepian. Nieco bardziej na północ na plaży Muriwai znajdziemy niesamowite miejsce – na jednej ze skał mają swoją kolonię głuptaki. Szczególnie późną wiosną i na początku lata miejsce to roi się od ptaków. Jeżeli chodzi o widoki to miejsce to jest na prawdę bajkowe.

 

Galeria

Pomiędzy plażą Piha a Muriwai znajduje się rejon zwany Bethells Beach, znany jest z niesamowitych tras i punktów widokowych. A jak wyglądają trasy przez busz? Ano wyglądają mniej więcej tak! :). Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Galeria

Jeżeli ktoś jednak wolałbym  spędzić wolny czas na wodą to okolica Auckland również nas nie rozczaruje. Przy tej linii brzegowej i pogodzie, wycieczka na plażę jest niemal oczywista. Miasto dysponuje wieloma plażami miejskimi z bardzo dobrą infrastrukturą. Jeżeli natomiast cenimy sobie spokój i prywatność, nieco dalej na północ znajdziemy wiele uroczych zakątków gdzie nie licząc zwierząt będziemy sami!

Jeżeli chodzi o przyrodę Nowej Zalandii to warto wspomnieć również o jednym bardzo ważnym, przynajmniej dla mnie, fakcie. Nie znajdziemy tutaj jadowitych gadów, w tym węży czy żmij, jadowitych pająków czy innych stworzeń znanych z sąsiedniej Australii. Kraj ten jest bezpieczny i możemy spokojnie spacerować po buszu. Oprócz komarów, czy lekko denerwujących

Weta, by Wikipedia

muszek zwanych sandflies, nic nas tutaj nie ugryzie i nie zje. No chyba, że zdenerwujemy bardzo mocno poczciwą Weta. Czym jest Weta. To endemiczny dla Nowej Zelandii owad z gatunku szarańczaków, który w zasadzie przetrwał w niezmienionej postaci przez 200 milionów lat. Wety, żyją spokojnie w lasach zaszywając się w korze drzew i są pod ścisłą ochroną. Są one praktycznie nie groźne choć całkiem spore. Z odnóżami i czułkami mogą osiągać ok 20cm.

I na tym kończę moją podróż po Auckland i okolicy pora usiąść za kierownicą campera i udać się na odkrywanie tajemnic Nowej Zelandii.

 

Kamperem po Nowej Zelandii – Northland

Nowa Zelandia – Northland Auckland jest jak zwykle zakorkowane, ale w końcu udaje nam się dotrzeć na Harbour Bridge. Spoglądamy za siebie i mkniemy do przodu. Z mostu roztacza się wspaniały widok na marinę oraz pocztówkowe Auckland, choć ja wolę to z Mt. Eden. Przed nami spory kawałek drogi do Russell, pierwszej stolicy Nowej Zelandii. Ale nie spodziewajmy się fajerwerków, to …

Czytaj dalej...  

Kamperem przez Nową Zelandię. Przygoda na Wyspie Północnej

Wyspa Północna – Nowa Zelandia Wellington Docieramy powoli do Wellington stolicy Nowej Zelandii, o ile jadąc na południe nie mieliśmy ani chwili na zwiedzanie miasta o tyle teraz postanawiamy rozejrzeć się nieco po okolicy. Miasto wydaje się malownicze, w większości położone na opadających łagodnie ku morzu wzgórzach.  Kolorowe budynki kontrastują z otaczającą zielenią. Wellington nie jest dużym miastem. W porównaniu …

Czytaj dalej...  

Kamperem przez Nową Zelandię – Serce Wyspy Południowej

Serce Wyspy Południowej Droga do Dunedin Powoli żegnamy południe Nowej Zelandii żałując, że nie wystarczyło nam czasu na odwiedzenie Steward Island. Ale tak to bywa z podróżowaniem, tutaj trzeba zawsze znaleźć jakiś kompromis. Po kilku godzinach jazdy z Invercargill docieramy do wschodniego wybrzeża Wyspy Południowej. Nowa Zelandia to taki kraj gdzie najdalsza odległość na jaką możemy oddalić się od morza …

Czytaj dalej...  

Kamperem przez Nową Zelandię – Samo Południe

  Droga do Fiordland Droga z Queenstown wiedzie do bazy wypadowej na Fiordland miasta Te Anau. Tutaj dojeżdżamy późnym popołudniem, parkujemy w centrum, które przypomina małe amerykańskie miasteczko. Kątem oka dostrzegam biuro informacji turystycznej, ktoś właśnie z niego wychodzi …. i zamyka drzwi na klucz. Wybiegamy szybko z kampera i machamy ręką do sympatycznej Pani. Szybko pytamy gdzie możemy nabyć …

Czytaj dalej...  

Kamperem przez Nową Zelandię

Nowa Zelandia – kierunek południe Prom powoli dopływa do Marlborough Sound. Na horyzoncie zaczynają rysować się wzgórza. Miejsce to obejmuje ponad 4000 km2 cieśnin, wysp i półwyspów, a prom właśnie powoli wpływa w jeden z wąskich przesmyków. Rejon te słynie z uprawy jednych z najlepszych nowozelandzkich win. Wypatrujemy z zaciekawieniem winnic i w końcu udaje nam się wypatrzeć jedną z nich. Zielone …

Czytaj dalej...  
%d bloggers like this: