Włochy na długi weekend

A co powiecie na krótką wizytę w Włoszech. Co można zobaczyć w tydzień? Sprawdźcie sami

    Droga do Włoch

    Długi weekend majowy to zawsze dobra okazja aby gdzieś wyjechać. W tym roku postanowiliśmy odwiedzić Włochy. Pomysł powstał dosyć spontanicznie…”A może odwiedzimy Wenecję i Florencję”? Ale kiedy tylko zacząłem przygotowywać trasę dotarło do mnie, że będzie nieco bardziej rozbudowana! I tak tydzień później, wsiadając do samochodu, mieliśmy przed sobą wycieczkę liczącą 4 tys km. Gotowi na nowe wrażenia wyruszyliśmy piątkowym popołudniem.

    Dzień zapowiadał się wspaniale. Niestety niecałą godzinę po opuszczeniu domu rozpadał się rzęsisty deszcz. Mijały godziny a deszcz padał i padał i padał. Nadzieja zaświtała pod Wiedniem. Zza chmur wyszło piękne słońce a niebo zaczynało odzyskiwać dawno utraconą niebieską barwę.

    Nie trwało to jednak długi, zaraz za miastem deszcz lunął bezczelnie na maskę mojego samochodu, Droga do Grazu minęła w raczej kiepskich nastrojach, gdzieś po między ruchami wycieraczek próbowałem dojrzeć drogę, tak mijały kolejne godziny.

    Nocleg planowaliśmy niedaleko miejscowości Völkermark, pomiędzy Gratz a Villach. Dojeżdżając na miejsce miałem dosyć. Na szczęście pensjonat okazał się całkiem przyjemny. Położony ok 5 km od zjazdu z autostrady stanowi świetne miejsce na nocleg w drodze na południe Europy. Gasthof Kilian to typowy austriacki pensjonat z  restauracją i barem. Bar zajęty jest  głównie przez miejscowych, a że wioska nie jest zbyt duża to i miejscowych nie ma zbyt wielu :). Rano w restauracji serwowane są również śniadania.

    Pensjonacik jest bardzo czysty, dobrze wyciszony, świetne łóżka. W restauracji po długiej drodze można skosztować lokalnego piwa. I ja miałem taki zamiar niestety … zmęczenie zwyciężyło i w kontakcie z łóżkiem plany rozpłynęły się w niewyjaśnionych okolicznościach.

    Miejsce to  ma jednak pewien mankament, Właściciel jest myśliwym, więc we wszelkich możliwych zakątkach pensjonatu znajdziemy wypchane zwierzęta. Mijając kolejnego niedźwiedzia, czy też smutno spoglądającą głowę jelenia, można poczuć się nieco dziwnie. Na szczęście te ‘atrakcje’ kończą po przekroczeniu progu pokoju.

    Kolejny dzień niestety powitał nas podobną aurą, wprawdzie nie lało aż tak mocno ale pogoda również nie rozpieszczała. Po przekroczeniu włoskiej granicy nastąpił cud. Wjeżdżając w strugach deszczu w kolejny alpejski tunel, nie spodziewałem się, że na jego końcu ujrzę inny świat. Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, po tej stronie gór świeciło piękne włoskie słońce, a na niebie nie było ani jednej chmury! A zaraz za nim kolejny cud, włoskie autostrady. Nie, żeby Austria miała się czego wstydzić ale różnica jest jednak spora na korzyść Włoch.

    Rawenna

    Kierujemy się w stronę Rawenny.  Za Wenecją zjeżdżamy z autostrady, mijając kolejne senne miasteczka. Moją uwagę przykuwają figury policjantów stojące od czasu do czasu na poboczu, szukam za nimi fotoradarów, raz, drugi, trzeci, nic. Dopiero za czwartym razem zauważyłem, że sympatyczna makieta pana policjanta położona jest na tajemniczej skrzyni, w której zainstalowano mierniki prędkości, skierowane w obu kierunkach. No to pięknie, pomyślałem…

     

    Stare miasto w Rawennie pełne jest jednokierunkowych uliczek, a miejsc parkingowych jak na lekarstwo, po dwóch kółkach w okolicy centrum udało nam się w końcu odnaleźć mały parking. I tutaj doszło do konfrontacji z włoskim parkomatem. Niby normalny, taki jak wszędzie ale jakiś taki niesympatyczny. No sam nie wiem, ale takie właśnie są te parkomaty. Po kilku próbach przejścia na bardziej zrozumiały język udało mi się kupić bilet.  

    Zaopatrzeni w mapę ruszamy na podbój miasta! Jeżeli, kogoś fascynują mozaiki, to Rawenna będzie dla niego rajem aż 8 zabytków Rawenny, w których odnajdziemy przepiękne mozaiki, zostało wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

    Mapa Ravenny

    Dzień jest piękny, świeci cudowne włoskie słońce, które odbija się w brukowanych ulicach Ravenny. Mam nieodparte wrażenie, że pomimo mapy idziemy w dość przypadkowym kierunku.

    Mijamy uliczki jedna, druga i nagle naszym oczom ukazuje się mały placyk a na nim niepozorna budowla.To Baptysterium Ortodoksów (Baptysterium Neona), tuż przed baptysterium możemy nabyć bilety, w maszynie przypominającej parkomat… z lekkim uprzedzeniem zabieram się do zakupu biletów ale o dziwo nie jest tak źle. Wchodzimy do środka i naszym oczom ukazują się przepiękne mozaiki. Co ciekawe historia baptysterium sięga znacznie głębiej w przeszłość, bo aż do czasów rzymskich, kiedy to budynek ten należał do zabudowy łaźni rzymskich. 

    Po drugiej stronie baptysterium znajduje się Museo Arcivescovile e Cappella di S.Andrea, gdzie oprócz przedmiotów związanych z wczesnych chrześcijaństwem, znajdziemy fragmenty sklepienia pokrytego mozaikami. Mozaiki są przepiękne!

    Kupując bilet ‘combo’ za 9,5 euro ( ulgowy 8,5 euro), oprócz wspomnianego muzeum i Baptysterium Neona otrzymujemy wejściówki do Bazyliki Sant’Apollinare Nuovo oraz do Bazyliki św. Witalisa wraz z Mauzoleum Galli Placydii. Tam też znajdziemy nieprawdopodobnie piękne mozaiki. Po drodze postanawiamy odwiedzić jeszcze grobowiec Dantego. To małe mauzoleum położone jest w cichym zaułku, tuż przy bazylice św. Franiszka. Poza sezonem to miejsce to wydaje się senne i opuszczone,  otoczone małym skwerem, pozwala ukryć się przed prażącym słońcem. Jest koniec kwietnia a pogoda jak w środku polskiego lata.

    Bazylika św. Witalisa położona jest w północnej części starego miasta. Aby do niej dotrzeć, czeka nas ok 25 minutowy spacer. Do bazyliki możemy również podjechać samochodem. Znajdziemy tam całkiem spory prywatny parking opłata jest spora ale płacimy za cały dzień. Właściwie ta opcja nie jest taka zła, pod warunkiem, że wybieramy się na dłuższe zwiedzanie. My wybieramy się na spacer. Przejście przez centrum Ravenny to prawdziwa przyjemność. Zaułki pełne kwiatów, wyrobów ze szła i oczywiście mozaiki. Po drodze odwiedzamy małą rodzinną pizzerię. Jesteśmy tutaj chyba jedynymi turystami.

    Galeria

    Jednak ruch panuje całkiem spory. Zajadając się pysznym kawałkiem gorącej pizzy, obserwuje lokalasów, którzy co chwilę pojawiają się, w tym małym lokalu. Rozmawiają głośno z właścicielką i jej córką, śmieją się i wymachują rękami, w końcu zabierają wielką tacę z pizzą i wychodzą. I my również kończymy nasz szybki lunch i udajemy się na dalszą część zwiedzania.

    Bazylika św. Witalisa to jak dla mnie punkt obowiązkowy w Rawennie. Jej budowę rozpoczęto pod panowaniem Gotów w roku 527, a prace ukończono w 548. Co ciekawe poświęcenia bazyliki dokonał biskup Maksymilian, którego to tron możemy zobaczyć w Muzeum Archidiecezjalnym. Na ścianach apsydy możemy odnaleźć dwie słynne mozaiki, przedstawiające cesarza Justyniana, ubranego w purpurowy płaszcz ze złotą aureolą, obok niego widzimy biskupa Maksymiana wraz z przyboczną gwardią. Po drugiej stronie znajduje się cesarzowa Teodora w otoczeniu swoich służek.

    Bolonia

    Jest późne popołudnie więc i pora na dalszą część drogi. Przed nami Bolonia. Na szczęście droga z Ravenny do Bolonii to formalność i po chwili pędzimy włoską autostradą. Dojazd do bramek ‘introdurre il biglietto” i już zautomatyzowana ‘pani robotowa’ mówi ‘arrivederci!’. Wjeżdżamy do centrum Bolonii. Jak zwykle znalezienie miejsca parkingowego to nie lada wyzwanie a już przy samym centrum starego miasta to prawdziwa sztuka. Mamy jednak koniec kwietnia więc z nadzieją brnę w kolejną uliczkę. Ktoś trąbi, ktoś wymachuje rękami, tłumaczę sobie, że to nie na mnie i jadę dalej i proszę jest, czeka właśnie na mnie. W Bolonii znajdziemy kilometry podcieni, które w innych miastach zostały usunięte. Tutaj stanowią niedołączny element miasta.

     

    Pomarańczowe słońce podgrzewa żółte elewacje średniowiecznych budynków. Dzisiątki studentów wychodzą na wieczorne pląsy. Ktoś pędzi rowerem, ktoś inny czyta gazetę, słychać śmiech i echo odbijające się od podcieni niesie stukot obcasów. Światło jest magiczne, ale jeszcze bardziej magiczne jest to co widzimy na końcu ulicy. To dwie potężne wieże Torre degli Asinelli oraz Torre della Garisenda, pochylone jedna w kierunku drugiej. Zarówno wieża Asinelli jak i wieża Garisenda zostały zbudowane na początku XII w. i co ciekawe obie są krzywe. Mniejsza zaczęła przekrzywiać się już podczas budowy, druga, licząca prawie 90 m miała na to blisko 900 lat.

    Ciekawostką może być fakt, że o wieżach wspomina już Dante w Pieśni XXXI Boskiej Komedii. Na obie z nich można wejść. Niestety nie dzisiaj… okazuje się, że są one zamknięte aż do początku lata. Jest to bardzo kiepska dla nas wiadomość, lecz w Bolonii nie sposób się nudzić.

    Patrzę nerwowo na zegarek czas nieubłaganie ucieka. Co sił w nogach pędzimy na uniwersytet boloński, by zdążyć przed jego zamknięciem. A ten uniwersytet to nie jakiś tam sobie zwykły uniwersytet ! Historia Bolonii nierozerwalnie związana jest z nauką. Już w IV w n.e. na terenie miasta działały szkoły prawa rzymskiego, a nasz uniwersytet powstał w 1088 r i jest jednym z najstarszych ciągle działających uniwersytetów na świecie! Studiowali na nim: Dante Alighieri, Mikołaj Kopernik, Francesco PetrarcaAlbrecht Dürer, czy Umberto Eco.

    Na uniwersytecie znajdziemy niesamowitą sale dla studentów anatomii oraz wspaniałą bibliotekę. Kolejnym miejscem, które trzeba zobaczyć w Bolonii jest klasztor św. Stefana, będąca w średniowieczu jednym z największych kościołów Europy. Jak to we Włoszech, historia tego miejsca sięga czasów rzymskich, tutaj bowiem, gdzie obecnie znajduje się klasztor, w czasach rzymskich stała  świątynia egipskiej Izydy. Kościół św. Stefana to tak na prawdę zespół siedmiu świątyń, z których obecnie możemy zobaczyć już tylko cztery. Mijamy kolejne z nich. Atmosfera panująca wewnątrz jest niesamowita. Surowe mury podświetlone, małymi lampkami, palące się świece i wpadające przez wąskie otwory światło, sprawiają niesamowite wrażenie.

    Galeria

    Wychodzimy na zewnątrz, miasto powoli okrywa mrok. Docieramy do samochodu i ruszamy w kierunku naszego miejsca noclegowego. Po drodze, krótka wizyta w markecie i co?! Mój stary znajomy, smutny parkomat na sklepowym parkingu! Tego już za wiele. Choć po chwili zastanowienia myślę sobie, że może to i ma jakiś sens. Przynajmniej parking nie jest blokowany w nieskończoność przez kierowców traktujących to miejsce jako darmową oazę parkingową. Jak płacić to równo.

    Kiedy już zaczynałem lubić nasz parkomat, nagle okazuje się, że najmniejszy nominał jaki posiadam to 2 euro. Jakiekolwiek, próby zmuszenia maszyny do określenia czasu parkowania i wydania reszty, spełzły na niczym. Zrezygnowany wrzucam 2 euro. Zadowolona maszyna wraz z brzękiem spadającej monety oznajmia, że mogę parkować do rana. Wspaniała nowina… Po piętnastu minutach odjeżdżamy spod sklepu i wtedy zdaje sobie sprawę, że mogłem te dwa euro rozmienić w sklepie … tak niestety wpływa długa droga i intensywne zwiedzanie na proces myślenia. Popatrzyłem na parkomat i pomyślałem, następne starcie będzie należeć do mnie!

    Miejsce naszego noclegu to, Fico Bologna. Pensjonat znajduje sie nieco za miastem, ale też nie jakieś wielkie ‘nieco’ prawdopodobnie gdybym nie skręcił nieco za wcześnie a potem nieco za późno to mógłbym dojechać do niego nieco wcześniej, czyli w jakieś 15-20 minut, a tak trwało to nieco dłużej.  Na miejscu powitał nas właścicel. Niesamowity człowiek i niesamowite miejsce.

    Pensjonat w cenie ok 80 euro za noc ze śniadaniem był urządzony iście po królewsku! Co więcej, właściciel ma trzy koty, których jesteśmy oddanymi fanami, a przynajmniej trzy nawiązały z nami bliższy kontakt, jeden z nich nawet bardzo bliski, stawiając opór czynny, przy próbie wystawienia z pokoju. Na swojej drodze spotkaliśmy już dziesiątki pensjonatów, moteli, hoteli, ten należy do ścisłej czołówki i mogę go polecić z czystym sumieniem każdemu. To jest takie miejsce gdzie po wyjeździe człowiek zastanawia się jak zorganizować kolejną podróż, żeby trafić właśnie tutaj!

    Rano świeci słońce a niebo wita nas intensywną niebieską barwą. Schodzimy do jadalni. Właściciel kręci się w kuchni i zaprasza na śniadanie, w powietrzu unosi się zapach parzonej kawy, przez uchylone okno wpada zapach świeżego powietrza a wraz z nim przeciągłe pianie koguta. Miodzio. Mógłbym tutaj zostać! Zjadamy szybko śniadanie, pijemy świetną kawę (przyznaje, że ja nawet dwie) i ruszamy w dalszą drogę na południe.

    San Marino

    Pierwszym przystankiem jest San Marino. Jedno z najmniejszych państw w Europie w całości otoczone przez Włochy. Serpentyny wiją się jak wąż a my wjeżdżamy coraz wyżej. Z każdym metrem panorama otaczających nas terenów robi coraz większe wrażenie. Na samym szczycie znajduje się kilka parkingów, o tej porze nie ma wielkiego ruchu, który pamiętam z wizyt w szczycie sezonu. mappa-centro-storico-sanmarinoSpokojnie znajdujemy miejsce i ruszamy na zwiedzania miasta. Nie mając za wiele czasu decydujemy sę na, krótki  spacer.

    Są godziny przedpołudniowe na ulicach nie ma zbyt wielu turystów. Nisko stojące słonce pięknie podkreśla kształty otaczających nas kamienic, murów miejskich i wież. Spacer po miejśce zajmuje nam mniej więcej półtorej godziny. Uliczki miejsce San Marino są na prawdę urocze, ale mnie przyciągają jak magnes widoki roztaczające się ze szczytu.

    Galeria

    W mieście odnajdziemy  również kilka muzeów. My odwiedziliśmy jedno. Muzeum tortur. Powiem szczerze, jako wierny fan muzeów. Zwiedzanie tego miejsca było torturą samą w sobie. Mocno rozczarowani zrezygnowaliśmy z Muzeum Osobliwości. Na szczęście miasto samo w sobie jest śliczne i szybko zapominamy o małej wpadce.

    Orvieto

    Kolejnym punktem programu jest Orvieto. Zmierzamy do niego bocznymi drogami przemierzając malownicze tereny. Tempo może nie jest imponujące ale to nawet dobrze bo raz za razem zatrzymujemy się by zrobić zdjęcie.

    W końcu docieramy do drogi szybkiego ruchu. Rodzaju bezpłatnej autostrady. Nie przypomina ona w niczym płatnych odcinków autostrad, jest podobna do polskich dróg z końca lat dziewięćdziesiątych. Da się jechać ale nie należy to do przyjemności i trzeba uważać. Tym niemniej droga wiedzie, przez malownicze wąwozy i wzgórza więc nie narzekajmy. W końcu naszym oczom ukazuje się potężne wzgórze o niemal pionowych zboczach a na jego szczycie w promieniach popołudniowego słońca lśni średniowieczne Orvieto. Góra skrywa jeszcze jedną tajemnicę . Jaką o tym za chwilę.

    Galeria

    Wjeżdżamy powoli pod górę, uliczki stają się coraz węższe. Orvieto ma przynajmniej trzy dogodnie położone parkingi, jeden na dole u podnóża góry, niedaleko linii kolejowej. Wjazd na szczyt wzniesienia do miasta zapewnia kolejka linowa, co również może stanowić niezłą atrakcję. Drugi – świetna opcja – zwłaszcza podczas sezonu –  to parking podziemny, oraz trzecie parking tuż przed bramą miejską. O tej porze dnia i roku w mieście nie było zbyt wielu turystów wjeżdżamy dalej, mijamy bramę miejską i nagle znajdujemy się w starej części miasta.

    Sprawdzam kilka razy znaki, wydaje się, że nie było zakazu wjazdu. I co za szczęście tuż obok pobliskiego skweru znajduje się wolne miejsce! Miejsce oznaczone białą linią więc oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że nie będę miał kontaktu z moim ulubionym włoskim parkomatem! Tu cię mam pomyślałem i z rozkoszą zostawiłem w tym miejscu samochód.

    Mapa Orvieto

    Przedzieramy się wąskimi uliczkami Orvieto, to miasto jest na prawdę urzekające, stare średniowieczne budynki, wąskie klimatyczne uliczki, i nagle wow! Niespodziewanie wyłania się katedra. Jest niesamowita. Bogato zdobiona w mozaikami elewacja wydaje się świecić w promieniach popołudniowego słońca.

    W dniu Sądu Ostatecznego katedra z Orvieto uniesie się do nieba na skrzydłach swego pięknaPapież Leon XIII

    Na placu przed katedrą, stoi tłum ludzi, jedni przychodzą inni odchodzą. Katedra oprócz niesamowitej elewacji, skrywa w swoim wnętrzu prawdziwe skarby, są nimi freski znajdujące się w kaplicy Madonny di San Brizio oraz w kaplicy Capella del Corporale. Zostały one wykonane przez Luki Signorellego. Przez wielu uważane są za znacznie piękniejsze od tych z Kaplicy Sykstyńskiej, których twórcą był Michał Anioł. Historia katedry sięga roku 1263 i związana jest z wydarzeniami, które miały miejsce w Bolsenie.

     

     

    Tam zgodnie z legendą z trzymanej przez kapłana hostii spłynęła krew, która splamiła obrus znajdujący się na ołtarzu. Aby upamiętnić to wydarzenie wzniesiono katedrę a w 1264 r w kalendarzu świąt chrześcijańskich pojawiło się nowe święto – święto Bożego Ciała. wprowadzono je bullą Transiturus, której opracowaniem zajmował się  Tomasz z Akwinu. Słynny obrus, natomiast,  możemy podziwiać we wnętrzu katedry. Relikwiarz kryjący hostię i korporał, znajduje się w kaplicy Capella del Corporale, udekorowanej bogato malowidłami wykonanymi przez Ugolina i jego uczniów.

    Obok katedry po prawej stronie odnajdziemy trzynastowieczny Pałac Papieski. Podczas konfliktu Rzymskiego, który wybuchł na początki XIII w papież zmuszony został do ucieczki. A miejscem jego schronienia stało się Orvieto. Budynek ten pozostawał papieską rezydencją aż do roku 1550, kiedy to przeszedł na własność katedry, a w 1896 stał się muzeum, które możemy zwiedzać do dzisiaj.

    Zaraz zbliża się czas sjesty, w ostatniej chwili udaje nam się usiąść w jednej z wielu kafejek, by już za chwilę stać w kolejce po bilet na wycieczkę po … podziemnym Orvieto. Biuro sprzedające bilety jest bardzo niepozorne, przeszedłem koło niego dwa razy zanim w końcu do niego trafiłem. Znajduje się w lewym narożniku placu, stojąc plecami do katedry. Kupuję bilety i już kilkanaście minut później wraz z grupą innych osób i przewodnikiem, kierujemy się ku wejściu do podziemi. Góra skrywa w swoim wnętrzu nie lada tajemnicę. Znajduje się tutaj podziemne miasto, które przypomina mi bardzo podziemne miasta Kapadocji.

    Kto zbudował te miasta? Tak na prawdę nikt nie wie. Przyjmuje się, że zbudowali je Etruskowie ok 3 tys lat temu, ale czy możemy być tego pewni? Co roku odkrywane są nowe tunele a miastao wydaje się nie mieć końca. Podziemia wykorzystuje się cały czas, praktycznie każdy dom w Orvieto ma swoje podziemia. Dzięki stałej, przez cały rok, temperaturze i wilgotności powietrza, w podziemnych korytarzach już od starożytności składowano, wino i oliwę.

    Tuf wulkaniczny była również cennym źródłem materiału do produkcji cementu, stąd część podziemi służyła również za kopalnie. W mieście znajduje się również inna niesamowita budowla. To studnia św. Patryka. Studnia liczy sobie blisko 60 metrów i posiada dwie niezależne klatki schodowe zaprojektowane jako podwójna helisa. Dzięki temu objuczone wodą osły nie musiały się mijać z tymi, które właśnie po nią schodziły. Studnia wykonana na początku XVI w robi niesamowite wrażenie. Im głębiej schodzimy tym mrok staje się większy. Będąc na dole dociera do nas tylko szczątkowa ilość światła.

    Asyż

    Powoli zbliża się wieczór, a przed nami wciąż długa droga. Musimy dotrzeć do Azyżu. Droga wiedzie przez malownicze tereny Umbrii. Nie można nią podróżować zbyt szybko ale widoki wynagradzają to w stu procentach. Do miasta docieramy późnym wieczorem. Wzgórze z otaczającymi miasto murami robi piorunujące wrażenie. Obiecujemy sobie wieczorną wycieczkę po mieście. Ale kiedy tylko wchodzimy do pokoju dociera do nas, że po prostu nie damy rady.

    Miejscem, które wybraliśmy na nocleg to Sogni d’Assisi. Bardzo przyjemne miejsce na nocleg w bardzo przystępnej cenie. Pokoje skromnie urządzone ale bardzo czyste. Właścicielka była przemiła. W cenie pokoju otrzymujemy śniadanie, ponadto o każdej porze dnia i nocy możemy skorzystać z kuchni. Śniadania typowo Włoskie, czyli słodko, słodko jeszcze raz słodko. Wybór słodkości bardzo duży w tym dwa świeże ciasta, lub jak kto woli placki.

    Mapa miasta

    Do zwiedzania Asyżu przystępujemy z samego rana. Rozpoczynamy od pustelni św. Franciszka. I tutaj jedna uwaga, Asyż to miasto baaaardzo turystyczne, przyjeżdżają tutaj pielgrzymi i turyści z całego świata, więc jest tłoczno, myślę, że nie tylko w sezonie lecz o każdej porze roku. Jeżeli chcemy odwiedzić pustelnię, do której jedziemy bardzo krętymi drogami, zróbmy to z samego rana, zanim, nie zaczną pojawiać się zorganizowane grupy wycieczkowe.

    Miejsca na parkingach jest mało, a sam wjazd i zjazd nieraz na mijankę, może zabrać nam wiele cennego czasu. Tak więc wjeżdżamy na wzgórze z samego rana, zastając prawie pusty parking i grupę pielgrzymów na placyku przed pustelnią. Miejsce jest na prawdę śliczne. Malowniczo położone kamienna zabudowania, przyklejone są do niemal pionowej skarpy. Wąskie korytarze i ciasne pomieszczenia pozwalają wyobrazić sobie życie w pustelni.

    Wracamy do miasta. Miasto jest bardzo zadbane, widać to na każdym kroku, wypielęgnowane kwiaty odnowione kamienice. Asyż kwitnie. Zwiedzamy kolejne kościoły, odwiedzamy, dom rodzinny oraz miejsce spoczynku św. Franciszka, poznajemy historię św. Klary. Trochę, żałujemy, że nie możemy spędzić tutaj całego dnia ale czeka na nas Florencja.

    Spello

    Spello

    Po drodze jest jeszcze kilka miejsce wartych odwiedzenia, pierwszym z nich jest miasto Spello, już nie tak turystyczne, sławne i oblegane jak Asyż, ale niemniej godne uwagi. Wśród średniowiecznej zabudowy miasta odnajdziemy wspaniale zachowane budowle oraz niesamowite średniowieczne katedry, A jeżeli nadal tęsknimy za Asyżem to nic nie stoi na przeszkodzie aby podziwiać jego panoramę z wielu punktów widokowych.

    Spoleto

    Kolejnym punktem programu jest pobliskie miasto Spoleto. Jak wiele włoskich miast tak i to ma korzenie sięgające starożytności. Wznieśli je Umbrowie, zamieszkiwane było przez Etrusków a później Rzymian. Odnajdziemy w nim dwie wspaniałe katedry oraz niesamowity most, który powstał w średniowieczu na bazie rzymskiego akweduktu.

    W mieście trudno znaleźć wolne miejsce. Odnajdujemy jednak mały parking tuż pod wiaduktem autostrady, w południowej części miasta. Na szczyt wzgórza dojeżdżamy…ruchomymi schodami. To najdziwniejsze rozwiązanie jakie kiedykolwiek widziałem. Ciąg czterech czy pięciu biegów w całości zadaszony, prezentuje się …. szkaradnie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ten sposób docieramy na wzgórze w bardzo wygodny sposób. Przez chwilę zastanawiałem się, czy tańszym rozwiązaniem nie było by zamontowanie dwóch trzech wind. Może tak, może nie, na pewno wyglądało by to znacznie ładniej. Na szczęście widok na most jest rewelacyjny.

    Nie tak dawno można było przespacerować się po nim aż do wieży znajdującej się po przeciwległej stronie głębokiej doliny. Po trzęsieniu ziemi, które miało miejsce w 2016 r. most został zamknięty dla ruchu pieszego. Niestety nie mamy więcej czasu na delektowanie się widokami, wracamy do samochodu i kierujemy się w stroną Bomarzo.

    Bomarzo

    Cóż takiego odnajdziemy w Bomarzo? Oprócz niesamowicie położonego starego miasta u jego podnóża znajdziemy ogród. Ale nie jakiś tam zwykły ogród, ogród potworów. Powstał on w średniowieczu, jako wyraz rozpaczy właściciela tego terenu po stracie żony. Kazał on wykonać niesamowite rzeźby i budowle, które tworzą unikalną kompozycję. Zresztą zobaczcie sami

    Park jest świetny, ma tylko jedną wadę cenę, nawet jak na Włoskie warunki kompletnie z księżyca. W parku spędzamy półtorej godziny.

    San Gimignano

    Następny przystanek w drodze do Florencji to San Gimignano. Co to za miejsce? Otóż wyobraźcie sobie Bolonię. Stoicie pod dwoma wieżami, a teraz wyobraźcie sobie, że czas zaczyna biec w przeciwną stronę i nagle z gruzów w różnych częściach miasta wyrastają kolejne wieże, najpierw jedna potem druga, i jeszcze jedna. A kiedy otoczy was las wież, wyobraźcie sobie, że wieże te otoczone są przez mury miejskie, z których z kolei wyrastają inne wieże,  a miasto znajduje się na szczycie potężnego samotnego wzgórza, które góruje nad całą okolicą. Jeżeli już widzicie to miasto oczami wyobraźni to właśnie znaleźliście się w San Gimignano.

    Do miasta docieramy późnym wieczorem. Właśnie zachodzi słońce a niebo okrywa się pomarańczowo, różową barwą. Zapalają się pierwsze latarnie a uliczne kafejki budzą się do życia, choć nie ma tutaj, o tej porze roku, zbyt wielu turystów. Miasto jest przepiękne i niepowtarzalne. Jeżeli kiedykolwiek będziecie w tej okolicy, po prostu musicie go zobaczyć.

    Florencja

    Choć wiatr wzmaga się z minuty na minutę a temperatura zaczyna gwałtownie spadać, stoimy urzeczeni pięknem San Gimignano. Jest bajkowo, W końcu wsiadamy do samochodu i ruszamy do Florencji. Do miasta docieramy nocą

     

    Florencja to takie miejsce, do którego chce się wracać. Wyjeżdżając czuliśmy ogromny niedosyt. Ale po kolei. Przygotowywując wyjazd najdłużej zeszło mi ze znalezieniem miejsca we Florencji, ceny nie należą do najniższych a pomimo mają oferty znikały bardzo szybko. W końcu udało mi się odnaleźć prawdziwą perełkę. Mieszkanie La Vecchia Firenze. W mieszkaniu znajdziemy dwie kuchnie, trzy sypialnie i dwie łazienki. Do tego ma ono prawdziwy charakter. Część mebli kuchennych wykonanych zostało przez pra pra dziadka właścicielki w XVIII w. Mieszkanie jest świetnie położone, dzięki temu możemy spokojnie zostawić samochód na miejscu, które zablokuje dla nas sympatyczna właścicielka – Francesca.

    Do katedry piechotą dojdziemy w ok 20 min, jeżeli zechcemy zobaczyć Florencję ze wzgórza Michała Anioła, do czego serdecznie namawiam, możemy skorzystać ze znajdującego się nieopodal przystanku. Autobus zawiezie nas dokładnie na wzgórze, z którego roztacza się niezapomniany widok na miasto. Wracając do mieszkania, przywitało nas ono, butelką wina, pełną lodówką i koszem owoców, a uśmiechnięta właścicielka z uśmiecham na twarzy starała się opowiedzieć nam wszystko o mieście, choć było już grubo po 11 wieczorem.

    Ranek przywitał nas cudną pogodą. Co sił w nogach zmierzaliśmy na plac katedralny. Plan był dosyć napięty. Godzina 10:00 wejście na kopułę, 12 wejście na wieżę, w między czasie Baptysterium, godzina 13:30 Galeria Ufizzi, a 17:30 Akademia. W między czasie spacer po Ponte Vecchio i wieczorem wizyta na placu Michała Anioła. Udało się choć nie było łatwo :). Jeżeli chcecie w miarę sprawnie zwiedzić Florencję, Musicie zarezerwować bilety z wyprzedzeniem. Kolejki do głównych atrakcji miasta spore były już w na początku maja, w sezonie to prawdziwa katastrofa. A nic tak nie psuje humoru jak trzy godzinne czekanie w kolejce w 35 stopniowych upale. Zatem po kolei.

    www.museumsinflorence.com

    Jeżeli chcemy zwiedzić katedrę, to rezerwacje wejściówek i bilety kupimy na tej stronie. Koszt biletu dla osoby dorosłej to 15 euro, dzieci 6-11 lat 3 euro, poniżej za darmo. W cenie biletu otrzymujemy:

    • wejście na kopułe,
    • wejście na dzwonnicę,
    • wejście do Baptusterium,
    • wizytę w muzeum
    • wizytę w krypcie

    i oczywiście wejście do samej katedry. Oprócz biletu MUSIMY zarezerwować konkretną godzinę wejścia na dzwonnicę i na kopułę. Bez tego nie zostaniemy wpuszczenie, pomimo zakupionego biletu. Bilet, który kupimy uprawnia nas do teoretycznego wejścia bez kolejki. Dlaczego teoretycznego? Ponieważ nie będziemy jedynymi osobami posiadającymi taki bilet, więc zawsze utworzy się jakaś kolejka do wejścia czy to na wieże, czy to na kopułę. Na szczęście nie jest ona długa a w porównaniu do drugiej kolejki dla osób, które kupiły bilet w kasie. Bilety wraz z potwierdzeniami otrzymujemy na maila i z tak wydrukowanymi dokumentami udajemy się na miejsce.

    Jedynym oficjalnym sklepem  Galerii Ufizzi jest http://www.b-ticket.com/b-ticket/uffizi/, wszystkie inne strony oferujące sprzedaż biletów to pośrednicy. Zapewne na ich stronie uda nam się zarezerwować bilety gładko i płynnie ze świetną obsługą, będzie nas to jednak kosztować kilka euro drożej od osoby. Jeżeli chodzi o stronę b-ticket. to jest to duże wyzwanie. Zwłaszcza jeżeli chodzi o otrzymanie potwierdzenia rezerwacji.

    Ze strony nie otrzymujemy standardowego biletu a jedynie potwierdzenie rezerwacji. Bardzo ważne jest wydrukowanie tego maila, ponieważ znajduje się na nim numer naszej rezerwacji. Następnie udajemy się z nim do kasy, gdzie nasz papierowy e-mail zostanie wymieniony na bilety. Jeżeli potwierdzenie nie przyjdzie w tym samym dniu, bądź w następnym, bądź jeszcze później. Nie denerwujcie się, ten system tak działa. Piszcze maile do skutku. Istnieje również możliwość rezerwacji biletu telefonicznie, choć dodzwonienie się do muzeum to również duże wyzwanie. Na tej samej stronie zarezerwujemy również bilety do Akademii Ufizzi. Miejsce jak najbardziej godne polecenia, chociażby ze względu na niesamowitą rzeźbę Michała Anioła Dawid. Ale nie tylko.

    Co jeszcze można zwiedzić będąc we Florencji? Oczywiście Piazza della Signoria, Pałac Stary, mieszczący dzieła takich artystów jak Donatello, Michał Anioł, czy Rubens. Będąc w pałacu możemy przejść się tajnym przejściem prowadzącym aż do pałacu Medyceuszy. Nie sposób również ominąć pomieszczenia skarbca Franciszka I i Kosmy I Medyceusza. Dla fanów sztuki jednym z ciekawszych po galerii Ufizzi będzie z pewnością Pałac Pitti, z działami Caravaggio, Tycjana, Rafaella czy Boticcelego. Będąc tam warto również odwiedzić ogrody Boboli.

    Piza

    Rankiem wyjeżdżamy w kierunku Pizzy. Miasto wita nas pochmurną i deszczową pogodą, na szczęście tuż po zaparkowaniu samochodu deszcz ustaje a zza chmur wychyla się słońce

    Co wywarło na mnie największe wrażenie w Pizie? Wieża jest sprawą tak oczywistą jak i drogą. Jak dla mnie perełką jest katedra. Niesamowita atmosfera, piękne zdobienia. Sama katedra wybudowana została z marmuru w różnych odcieniach w stylu romańskim, widać w niej wpływy bizantyjskie. Jest coś takiego w tej budowli co przyciąga, misterne detale, oświetlenie, mozaiki, sam nie wiem. Godne uwagi jest również baptysterium, zaprojektowane tak by głos osoby stojącej na jego środku roznosił się w okół wzmacniany przez krzywizny budynku. Jeżeli będziecie mieli szczęście, ktoś może zacznie śpiewać i przy was!

     

    Z Pizy ruszamy w kierunku Mediolanu stolicy Lombardii, droga prowadzi praktycznie cały czas autostradą, więc na miejsce docieramy około 14. Zależy nam bardzo na czasie ponieważ na godzinę 16:30 mamy zarezerwowane wejście do kościoła Santa Maria delle Grazie aby podziwiać Ostatnią Wieczerzę, przepiękne malowidło Leonarda da Vinici znajdujące się w  refektarzu klasztoru.  

    Mediolan

    Mediolan to drugie co do wielkości miasto Włoch, i to czuć, Miasto jest ogromne, lecz bardzo dobrze skomunikowane.

    Galeria

    Po Mediolanie najłatwiej i najszybciej poruszać się jest metrem. Dlatego zdecydowałem się na wybór hotelu, który po pierwsze dysponuje parkingiem a po drugie znajduje się niedaleko linii metra. I to był strzał w dziesiątkę. Nasz wybór padł na Antares Hotel Rubens. Hotel świetnie położony, blisko stacji metra – ok 10 minut, dysponuje prywatnym parkingiem, pokoje czyste może nieco nie nadąża, z wystrojem za zmieniającymi się czasami, ale ma to swój urok. Czego można chcieć więcej.

    Pod kościół Santa Maria delle Grazie udaje nam się dostać w niecałe pół godziny, na miejscu w biurze informacji,  (patrząc w kierunku kościoła, budynek po lewej stronie) wymieniamy nasz internetowy voucher na bilety. Na wejście czeka już grupa kilkunastu osób. Wszyscy wydają się być podekscytowani, w końcu otwierają się drzwi i zostajemy wprowadzeni do śluzy powietrznej. Niestety przepiękne malowidło znika. Ostatnimi czasy wykonane zostały ogromne prace renowacyjne. Obecnie w refektarzu, w którym znajduje się dzieło utrzymywane są ściśle określone warunki, również ograniczona jest liczba zwiedzających, którzy mogą jednocześnie przebywać w pomieszczeniu. Tak restrykcyjne metody mają na celu ochronę malowidła i utrzymanie go w niezmienionym stanie dla przyszłych pokoleń.

    Otwierają się kolejne drzwi śluzy powietrznej i wchodzimy wolnym krokiem do pomieszczenia. Wewnątrz panuje mrok, odwracam głowę i moim oczom ukazuje się wspaniałe malowidło. Nie zdawałem sobie sprawy z jego wielkości. Jest ogromne zajmuje praktycznie całą ścianę refektarza. Czuję prawie przechodzące po plecach ciarki. Wrażenie jest na prawdę piorunujące. Patrząc na obraz oczyma wyobraźni widzę rusztowania a na nich mistrza malującego swoje dzieło. W mroku pomieszczenia podświetlone malowidło zdaje się być zawieszone w przestrzeni, a czas traci na znaczeniu. Wszyscy milkną i oglądają dzieło w skupieniu.

     

    Wieczorem Mediolan okrywa gruba warstwa chmur, zaczyna padać deszcz, chronimy się w Galerii Wiktora Emanuela II. Galeria została ona wybudowana na planie krzyża, i przykryta szklanym dachem. Przemierzając jej pasaże zdajemy sobie szybko sprawę, że jest to jedna z największych galerii handlowych świata

    Galeria Wiktora Emanuela II budowana była w latach 1865 do 1877. Jej projektantem był znany włoski architekt Giuseppe Mengoni
    W galerii znajdziemy butiki największych domów mody jak Prada, Louis Vuitton, Versace czy Yves Saint Laurent. Uwaga osoby wrażliwe i o słabych nerwach nie powinny spoglądać na ceny!
    W centralnej części galerii odnajdziemy mozaikę z herbem Turynu, przedstawiającą byka. Zgodnie z przesądem, obrócenie się na pięcie na sylwetce byka ma przynieść szczęście. Niektórzy mówią, że jest to celowy 'prztyczek w nos' dla Turynu, na którego herbie ludzie zataczają piruety.
    Ciekawostką może być fakt, że na terenie galerii znajduje się hotel i to nie byle jaki, bo jeden z niewielu na świecie obiektów szczycący się siedmioma gwiazdkami – Seven Stars Galleria.
    Elementem wystroju galerii są 24 rzeźby, przedstawiające najbardziej znamienitych mieszkańców Italii. Wśród nich znajdziemy Galileusza, Leonarda da Vinici czy też Michała Anioła.
    Z galerią związana jest również miejska legenda wedle, której przynosiła ona pecha osobą związanym z jej budową. Główny architekt budowli spadł z rusztowania i poniósł śmierć na miejscu w przeddzień inauguracji, a król Wiktor Emanuel II zmarł kilka dni później

     

    Następniego dnia pogoda poprawia się, z samego rana udajemy się do Pinakoteki Brera. Pinakoteka jest na prawdę świetna. Wspaniała ekspozycja obrazów, a wśród nich takie perełki jak ‘Śmierć Chruhrystusa i trzech żałobników‘ Mantegi,czy  Zaślubiny Marii pędzla Rafaela. To jednak nie jedyna Pinakoteka w Mediolanie. Prawdziwą perełką jest Pinakoteka Ambrozjańska. Niesamowite wrażenie robi sam sposób prezentacji obrazów. W półmroku, punktowe podświetlenie dzieł robi niesamowite wrażenie. Co znajdziemy w Pinakotece Ambrozjańskiej?

    Już same  dzieła, takich twórców jak Botticelli, Caravaggio,San Giovanni Battista,Tycjan, czy chociażby Leonardo da Vinici robią niesamowite wrażenie. Ale znajdziemy tutaj coś jeszcze. Będąc w Muzeach Watykańskich na pewno zwróciliście uwagę na fresk Rafaela Szkoła AteńskaOtóż w Pinakotece odnajdziecie szablony według, których Rafael malował swoje dzieło. Obecnie przez szklaną szybę możemy podziwiać w jaki sposób są one odnawiane. W pomieszczeniu wyświetlany jest ciekawy film przedstawiający pracę konserwatorów, nad wybitnym dziełem. W Galerii znajdziemy również inną ciekawostkę, otóż kilka lat temu została tutaj przeniesiona z kościoła Santa Maria delle Grazie, kolekcja rysunków Leonarda da Vinici, będących częścią sławnego Kodeksu Atlantyckiego. Cały kodeks jest obecnie przechowywany w muzeum, natomiast jego część możemy podziwiać na wystawie. Szkice te są na prawdę wspaniałe i same w sobie warte odwiedzenia tego miejsca.

    Kolejnym obowiązkowym punktem zwiedzania Mediolanu jest katedra Duomo. W miejscu, w którym obecnie znajduje się katedra Duomo, czyli Katedra Narodzin św. Marii, znajdowały się dwie świątynie. Bazylika św. Tekli oraz Matki Boskiej Większej oraz dwa wczesnochrześcijańskie baptysteria. Aby rozpocząć pracę na gigantyczną katedrą, wszystkie budowle zostały rozebrane. Prace nad budową katedry ruszyły w roku 1386 i trwały blisko 500 lat. 

     

    Najcenniejszą relikwią w katedrze jest gwóźdź z Krzyża Chrystusowego, który ponoć został znaleziony przez św. Helenę, matkę Konstantyna, podczas jej pielgrzymki do Jerozolimy. Gwóźdź ten został ofiarowany Konstantynowi, który to właśnie w Mediolanie ogłosił edykt przyznający wolność wyznania Chrześcijanom. Pod prezbiterium znajdziemy kryptę, w której spoczywa św. Karol Boromeusz (1538-1584), arcybiskup Mediolanu. Ciekawostką jest posąg św. Bartłomieja trzymającego płaszcz z własnej skóry. Poniósł on męczeńską śmierć, z rąk Rzymian ok roku 70. Wchodząc do katedry po lewej stronie, możemy zejść do pomieszczenia, w którym możemy zobaczyć pozostałości po baptysterium z IV w. 

    Katedra jest ogromna a jej majestat przytłacza. Potężne kolumny, zdobienia i witraże oraz ogrom przestrzeni sprawia niesamowite wrażenie. Pięcionawowa bazylika mając 157 m długości i 109 szerokości jest trzecią co do wielkości katedra na świecie. 

    Katedrę możemy podziwiać również z innej perspektywy, mianowicie z poziomu dachu. Aby dostać się na dach możemy skorzystać ze schodów, bądź też windy. Wejście nie jest specjalnie trudne, a w porównaniu np. do wejścia na kopułę katedry we Florencji, czy Bazyliki św. Piotra w Rzymie to całkiem przyjemny spacerek. Bilety możemy nabyć w biurze znajdującym się po prawej stronie placu. Najbardziej opłacalnym biletem jest bilet łączony, gdzie oprócz wejścia do katedry oraz na jej dach, otrzymujemy również bilet wejściowy do muzeum katedralnego. 

    Dojazd do katedry jest również bardzo łatwy ponieważ tuż obok niej znajduje się stacja linii metra (Duomo). Dlatego też decydujemy się przyjechać pod katedrę jeszcze raz późnym wieczorem. Na miasto spada rzęsisty deszcz, ale nie przeszkadza nam to zbytnio. Widok katedry odbijającej się w mokrym bruku jest na prawdę magiczny. 

    Galeria

    Co jeszcze można zobaczyć w Mediolanie. Na pewno świątną atrakcją będzie odwiedzenie opery La Scala. Aby do niej trafić wystarczy przejść z placu katedralnego przez główny pasaż handlowy galerii Wiktora Emanuela. Wychodząc z niego zobaczymy całkiem spory skwer. Budynek opery znajduje się dokładnie po przekątnej po lewej stronie skweru. Z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie i łatwo go nie zauważyć. Operę możemy zwiedzać w dwojaki sposób. Albo wybierając się do muzeum La Scali, bądź też zwiedzając operę z przewodnikiem wewnątrz. My mieliśmy zamiar zwiedzić operę z przewodnikiem, niestety smutny i pan siedzący w kasie biletowej oznajmił, że wycieczki takie będą odbywały się dopiero w dniu następny. 

    Jako, że cały dzień spędziliśmy na intensywnym zwiedzaniu, wiadomość ta nie zepsuła nam humorów, wykorzystaliśmy dalszą część dnia na odkrywanie uroczych zakątków miasta oraz delektowanie się Mediolańskimi lodami i lokalnymi przekąskami. Jeżeli będziecie w Mediolanie koniecznie odwiedźcie Chocolay Milano, mają genialne lody. Jeżeli szukacie czegoś smacznego, lokalnego i w dobrej cenie to może śmiało odwiedzić Salumi&Fromaggi (Via Vincenzo Monti 32, Mediolan)

    Jeżeli chcielibyśmy zwiedzić Mediolan dokładniej to myślę, że trzeba by się tutaj wybrać przynajmniej na 4-5 dni. Z drugiej strony, zawsze warto zostawić coś do odwiedzenia na następny raz!

    Tak też uczyniliśmy i następnego dnia udaliśmy się do Wenecji.

    Wenecja

    Wenecja powitała nasz przepięknym słońcem i bezchmurnym niebem. 

     

     

    W pierwszej kolejności udaliśmy się do Bazyliki św. Marka. Wnętrze robi niesamowite wrażenie. Półmrok, złote mozaiki, wpadające przez wąskie okna światło robią niesamowite wrażenie. Turystów o dziwo nie ma zbyt wielu, więc możemy spokojnie przyjrzeć się bazylice. Najcenniejszym skarbem katedry jest bogato zdobiona gotycka nastawa ołtarzowa. Nie zobaczymy jej jednak nie kupując biletu. O ile wstęp do bazyliki jest bezpłatny o tyle wizyta w skarbcu, w muzeum oraz możliwość zobaczenia nastawy ołtarzowej są już dodatkowo płatne. Ceny wahają się do 3-5 euro od osoby.

    Nastawa robi piorunujące wrażenie. Zdobiona jest drogocennymi kamieniami, rubinami, turkusami, turmalinami, a misterna robota rzemieślnicza jest najwyższej próby. Na środku możemy zobaczyć wizerunek Chrystusa Pantokratora w otoczeniu apostołów. Przepych nie powinien nas dziwić. Wenecja jako republika handlowa, posiadała ogromne środki. Z całego świata płynęły tutaj towary, szlachetne kamienie, przyprawy i wszystkie możliwe do wyobrażenia dostępne wówczas dobra. Tak więc patrząc na nastawę, widzimy również historię każdego z poszczególnych klejnotwów i ozdób, które trafiały do Wenecji od X wieku. 

    Widoczne w świątyni mozaiki pochodzą w większości z okresu od XII – XIV w, najstarsze to te widoczne w przedsionku bazyliki. Najważniejsza z nich przedstawia sprowadzenie prochów św. Marka do Wenecji i pochodzi z 1260 r. Znajduje się ona w jednym z pięciu widocznych z Placu św. Marka portali, lecz najwygodniej będzie nam podziwiać je z poziomu górnej galerii. Szczątki św. Marka zostały wykradzione przez Wenecjan z Aleksandii w 828 r. Święty został ogłoszony patronem miasta, natomiast w herbie Wenecji znalazł się symbol kojarzony ze św. Markiem czyli skrzydlaty lew. W tym samym czasie rozpoczęto budowę bazyliki. 

    Odwiedzając galerię na górnym poziomie, będziemy mieli okazję odwiedzić również, niezbyt duże ale bardzo ciekawe muzeum katedralne. Z poziomu muzeum roztacza się przepiękny widok na bazylikę, natomiast z galerii mamy niesamowity widok na Plac św. Marka oraz na zatokę. 

    Kolejnym punktem programu jest pałac Dożów. Miejsce ze wszech miar godne polecenia. Przepych, zdobienia i galerie obrazów, zbrojownie, to wszystko ostro kontrastuje z poziomem więzienia. Warto również spojrzeć na Most Westchnień, przechodząc którym skazańcy mieli możliwość ostatniego spojrzenia na Wenecję. 

    Galeria

     

    W Wenecji można spędzić kilka dni i się nie nudzić. Z historią spotykamy się tutaj na każdym kroku. Począwszy od magicznych kościołów, muzeów, domu Marco Polo, uroczych uliczek po wizytę na bajkowych wyspach Burano i Murano. Niestety my spędzaliśmy tutaj tylko jedną noc. Tak więc niedosyt tego miejsca pozostał ogromny. Mam nadzieję, że Wenecję odwiedzimy podczas kolejnej wycieczki po Włoszech, bo jest to miejsce na prawdę wspaniałe.

    I tutaj kończymy naszą wycieczkę, wyjeżdżąjąć z parkingu pozostawiamy za sobą weneckie kanały, przepiękne Włochy i ich bogatą historię. 

    Arrivederci!

     

     

    Czekamy na Twój komentarz !

    %d bloggers like this: